Po zakupie PS5Pro zacząłem od początku ogrywać serię Uncharted po raz pierwszy. Właśnie zakończyłem przygodę z odsłoną, która otwierała całą sagę... i czuć, że to gra z początku PS3 z prawie 20 latami na karku. Nawet w wersji remaster.
Historia jest prosta, żeby nie powiedzieć prostacka, a główni źli można określić, że no byli. Gdzieś tam byli pod zwałami kartonu. Ale ogółem jako czysta przygodówka czerpiąca garściami z Indiany Jonesa - nie była to najgorsza opowieść.
Niestety brak precyzji w sterowaniu, szczególnie w etapach platformowych, doskwierał boleśnie. Drake lubi skakać sobie nie tam gdzie się celuje a gra czasem wymaga naprawdę dziwacznej precyzji. Nie pomaga fakt tego, że brak spójności względem tego gdzie i na co można skoczyć/wejść jest niesamowicie nieczytelny. Skutek jest taki, że często skacze się byle gdzie próbując sprawdzić czego Drake może się uchwycić a czego nie.
Strzelanie jest trochę lepsze - tutaj niewiele było frustracji, ale to wciąż bardzo prosty cover shooter z masą ograniczeń. Niestety problemem jest spawn przeciwników z dupy, którzy dosłownie się materializują często na twoich oczach. Co powoduje, że niektóre areny są trudniejsze niż być powinny. Wróć: bardziej frustrujące niż trudne. A już te szybkie, biegające zombie... najgorszy element gry.
Zabawnym jest patrzeć, że od czasów pierwszego Uncharted nic się nie zmieniło w formule Naughty Dog i jak bardzo już ten model rozgrywki na etapie TLoU P2 trąci myszką. Korytarze łączące areny z przeciwnikami. Dosłownie poza walorami produkcyjnymi i ogólnym postępem technologicznym widać jak na dłoni stanie w miejscu przez Naughty Dog. Kompletny zastój w mechanikach oraz budowie rozgrywki.
Ogółem i tak bawiłem się dobrze. Z punktu widzenia roku 2026 to ramotka, ale ma swój urok.
P.s. Polski dublaż bdb.
#gry #giereczkowo